Trzynastego bilety lotnicze powinny być tańsze. Niestety linie lotnicze jeszcze na to nie wpadły. Zawsze to tak trochę niezręcznie wsiadać do samolotu trzynastego, ale i tak lepiej niż w zeszłym roku: trzynastego piątek.
Na szczęście wszystko przebiega sprawnie. Taksówka bagażowa zabiera nas na lotnisko, wszystko mamy już ładnie popakowane. Razem z nami do Amsterdamu leci też wielu przyjaciół Moskali. Jakoś tak wpychają się do kolejki do odprawy, ale niech im tam. Ale potem to jeden już przegiął: w bagażu podręcznym wiezie żyletki i akurat trafiamy na moment, kiedy każą mu je wyjąć i on zakrwawionymi łapami grzebie w jakiejś reklamówce. Gołe te żyletki luzem wiózł czy co? Krew po łokcie, ale przynajmniej nie porwie samolotu.
Na lotnisku w Amsterdamie przez okno obserwujemy czy wsiadają nasze rowery. Są! I reszta bagaży też.
Przy bramce zostajemi zasypani "pytaniami antyterrorystycznymi". Wygląda to jak farsa. Pytania typu: Czy ktoś dał nam jakiś bagaż, czy wszystkie bagaże są nasze, jak dostaliśmy się na lotnisko. Brakowało tylko pytania czy zamierzamy wysadzić samolot.
Przesiadamy się do gigantycznego samolotu Northwest. Po 8 godzinach jesteśmy w Stanach. Tu bez żadnych problemów i pytań dostajemy wizy na pół roku. Tutaj musimy odebrać bagaże. Okazuje się, że za wózki bagażowe na lotnisku płaci się 3$. I to pierwszy moment, a będzie ich potem mnóstwo, w którym poznaję zdecydowaną różnicę między opiekuńczą Europą, a bardzo "interesownymi" Stanami. To pewnie tu zrodziło się powiedzenie, że nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch. Ale mimo wszystko 3$ za wózek, gdy i tak płaci się kilkaset czy kilka tysięcy dolarów za bilet to przegięcie.
Ponieważ mamy bardzo duży bagaż podchodzi do nas ktoś z obsługi ze specjalnym dużym wózkiem i mówi, że to "free".
Przy kolejnej kontroli zabierają nam kanapki i wrzucają do kosza. Nie wolno wwozić jedzenia. A jak zgłodniejemy?
Zostawiamy bagaże w holu. Podobno nie ma się co obawiać, ktoś się nimi zajmie i polecą, gdzie mają polecieć.
Do kolejnego lotu mamy jeszcze prawie 2 godziny, więc się rozglądamy. Faktycznie w Ameryce wszystko jest duże. Ludzie też. Naprwadę ciężko znaleźć takie potwory w Polsce, a już na pewno nie w takiej liczbie.
Ciągle mam kłopoty z ustaleniem gdzie która godzina i za spaniem.
Niecierpliwie wyglądamy pierwszych widoków z Alaski. Już widać! Ośnieżone
szczyty górskie
, szkoda, że jest już szarówka.
Na miejscu z niecierpliwością wypatrujemy bagaży. Są. Wszystko
dojechało. No tylko nie wszystko działa. W Pawła rowerze została złamana ośka w
przednim kole. Niby szybko można to naprawić, ale trzeba mieć nową ośkę, a na
lotnisku o 1 w nocy nie sprzedają. Dzwonimy więc do Seana, chłopaka
mieszkającego w Anchorage, którego Paweł poznał przez internet i który
zaproponował nam nocleg u siebie w domu po przyjeździe. Prosimy go o pomoc. Po
15 minutach jest na lotnisku i ładujemy się do jego samochodu. Sean ma ładny
dom i uroczego psa Katmai
- labrador, podobno pies numer jeden w USA.
Gdy trochę bardziej poznamy "architekturę" Alaski, dom Seana będzie wydawał się
nam piękny.
Wstajemy zadziwiająco wcześnie, bo o 8 i Sean zabiera nas na zakupy. Kupujemy ośkę, gaz i tabletki do oczyszczania wody, z których zresztą nigdy nie skorzystaliśmy. Potem jedziemy kupić jedzenie. Sean zawozi nas do supermarketu Carrs, gdzie dostajemy kartę rabatową, która wielokrotnie później bardzo się nam przydała.
Sean jest programistą i pracuje dla State of Alaska. Opowiada anegdoty o niedouczeniu Amerykanów, którzy myślą, że Alaska znajduje się na południowym zachodzie Stanów razem z Hawajami, bo tam zwykle znajduje się na mapach USA. Opowiada też o znajomym z południa, któremu wmówił, że na Alasce są inne dolary, mocniejsze, o korzystniejszym kursie i dlatego Alaskańczycy są zamożniejsi i stać ich na więcej.
O 14.30 żegnamy się i ruszamy w drogę.Chcemy dostać się na Glen
Highway. Przez Anchorage jedziemy Coastal Trail
: okrężną drogą, ale za to bardziej
malowniczą. Na Glen Highway (GH) jest bardzo duży ruch, po 4 pasy w jednym
kierunku, ale wzdłuż drogi biegnie ścieżka rowerowa
. Zjeżdżamy na Old Glen Highway,
bo to zawsze mniejszy ruch i spokojniej. Jednak Old GH co pewien czas łączy się z GH,
więc znów jedziemy główną drogą, ale gdy tylko pojawia się Old GH znów w nią skręcamy.
Wreszcie szukamy noclegu. Rozbijamy się w lesie przy GH
. Worek z
żarciem wieszamy na drzewie z dala od namiotu. Przy okazji okazuje się, że
sznurek, który wzięliśmy specjalnie w tym celu zupełnie do niczego się nie
nadaje. Trzeba by chyba jakąś linę wziąć, żeby spełniła swoje zadanie.
Szykujemy nóż i latarkę pod ręką i idziemy spać.
62,3km - średnia 14,7km/h
15 lipca
Paweł wstaje pierwszy. Ściąga żarcie z drzewa, zaczyna się pakować, no i nie ma rady, ja też muszę wstać. Zwijamy się, odjeżdżamy kawałek i dopiero jemy śniadanie.
Znów wracamy na Old GH, która ponownie łączy się z GH i musimy jechać z tymi wszystkimi samochodami. Jest co prawda bardzo szerokie pobocze, ale hałas jest duży. Jedziemy tak do Thunderbird Falls. Kawałek dalej jest zjazd na Old GH.
Zaraz za zjazdem zatrzymujemy się, żeby się przebrać, bo zrobiło się
gorąco i toczymy taką rozmowę:
- O, idzie pies - mówię. - Albo mały misio - żartuję.
Po chwili:
- O matko, to JEST mały misio!
Mały czarny misio przeszedł sobie powolnym, ociężałym krokiem przez drogę w odległości
około 100 metrów od nas. Potem sprawnie wspiął się na skałki po drugiej stronie
drogi. Pierwsze i zupełnie nieoczekiwane spotkanie. Ja zesztywniałam,
kompletnie mnie zamurowało, patrzyłam z niedowierzaniem. Paweł nie zdążył wyjąć
aparatu, który właśnie przed chwilą schował po tym jak zrobił zdjęcie okolicy.
Potem wpatrywaliśmy się z nadzieją, że gdzieś się misio załapał na tym zdjęciu
, ale nic z tego.
Czekamy chwilę, bo za misiem może iść matka, ale się nie pojawia, więc
jedziemy. Old GH jest bardzo ładna
i ruch dużo mniejszy.
Przez dłuższe odcinki jesteśmy na drodze kompletnie sami, więc profilaktycznie
dzwonię dzwonkiem, żeby odstraszyć potencjalne misie.
Pogoda jest upalna. W słońcu na pewno ponad 30 stopni. W Butte skręcamy
na farmę reniferów. Na farmie oprócz reniferów
jest też łoś
.
Nie wracamy do Old GH, tylko jedziemy dalej tą boczną drogą, która
zatacza pętlę i wychodzi dalej na Old GH. Widoki znów piękne: góry
,
lodowce
, rzeka
.
Dojeżdżamy do Palmer i wjeżdżamy na GH. W mieście spotykamy Niemca na rowerze, który wystartował z Vancouver i jedzie już dwa miesiące. Potem spotykaliśmy jeszcze innych rowerzystów i tylko w jednym przypadku byli na wyjeździe krótszym niż nasz.
Początkowo droga jest bardzo ruchliwa, ale mamy do dyspozycji szerokie
pobocze i jedzie się raczej bezpiecznie. Po jakimś czasie ruch słabnie. Na
drodze pojawiają się łagodne pagórki. Podjeżdżając pod jeden z nich dostrzegam
w zagrodzie jakieś duże zwierzęta. Wyciągam lornetkę, ale i tak nie jesteśmy w
stanie powiedzieć co to za zwierzęta. Trochę podobne do lam, ale nie lamy.
Decydujemy się zajechać na farmę, aby obejrzeć bliżej zwierzaki i poprosić o
wodę. Zwierzęta to alpaki
, czyli odmiana lamy.
Gospodyni opowiada nam, że pochodzą z Ameryki Południowej, hodowane są dla wełny.
Są bardzo miłe i zabawne. Wydają z siebie śmieszne odgłosy, a jeden zwierzak
ciągle atakuje pozostałe, aż przewraca swoją siostrę. Od miłej pani dostajemy
też "Mileposta" sprzed dwóch lat, ciężki jak diabli, ale może być pomocny.
Tym bardziej, że prócz Alaski jest też Yukon i British Columbia - może się przydać w
przyszłości.
Jedziemy dalej, jemy kolację i jeszcze kawałek do przodu, aż wreszcie
rozbijamy się nad rzeką
.
104km - średnia 16,5km/h
16 lipca
Upał jak na Alasce - 27 stopni. Pierwsze 10km lekko pod górę i lekko pod wiatr. Dopiero potem się zaczyna - cały czas ostrzej pod górę w upale. Pot się leje, woda z butelek znika w ekspresowym tempie. Po drodze wstępujemy do małego sklepiku poprosić o nalanie do butelki wody z kranu. Pani z uśmiechem odpowiada, że butelka jej się nie zmieści pod kran, ale możemy sobie kupić u niej wodę. Dziękujemy i zaskoczeni wychodzimy. Nieco dalej znajduje się zajazd, idziemy tam po wodę, gdzie bez problemu ją dostajemy. Już nigdy potem nie zdarzyło się, żeby ktoś odmówił nam wody.
Ciągle w górę i w górę, ale za to jakie widoki.
Co
i raz odsłaniają się nowe góry. Na 99 mili pojawia się lodowiec
.
Nieco dalej zajeżdżamy na parking i idziemy obejrzeć go z mniejszej odległości.
Idziemy przez las, komary gryzą i zupełnie bez sensu, bo lodowiec wcale nie
jest lepiej widoczny niż z drogi
.
Na jednym z punktów widokowych zatrzymujemy się obok wielkiego
autobusu. Autobus okazuje się samochodem-domkiem, jednym z wielu jakimi
podróżują tu opętani manią wielkości Amerykanie. Niczego podobnego nie
widzieliśmy w Europie. To tutaj jeżdżą wozy wielkości luksusowego autobusu
często ciągnąc jeszcze za sobą samochód osobowy
. Czasami jeszcze gdzieś
przytroczona jest łódź, kajak, bądź ATV (nieduży pojazd terenowy). W środku siedzi
najczęściej para w mocno średnim lub starszym wieku. No ale cóż, drogi mają
szerokie, a benzyna tańsza od wody.
Autobusem podróżuje oczywiście para, z Florydy. Jadą tak już od połowy kwietnia. Dostajemy od nich wodę i ciastka.
Kilka razy spada krótki odświeżający deszcz, ale jednocześnie świeci
słońce i widoki nadal bardzo dobre
, ale ciągle pod górę.
Dopiero od 118 mili robi się lżej. Wprawdzie nie ma wielkiego zjazdu, ale są
mniejsze. Potem trochę pod górę, ale już nie tak ostro. Generalnie zjeżdżamy,
choć po pagórach.
Wyłania się drugi lodowiec, choć wokół wiszą czarne chmurzyska.
Krajobraz zmienił się kompletnie: zniknęły wielkie góry, pojawiły się mokradła
i jeziora, krzaki i pojedyncze drzewa. Wśród tego krajobrazu znajdujemy
miejscówkę
, niestety nie ma na czym zawiesić wora. Wór wędruje więc w
krzaki.
Przez cały dzień ruch był mały do umiarkowanego. Najpaskudniejsze są
potwory, czyli wielkie ciężarówy, zupełnie inne od tego co u nas jeździ.
Czasami potwór siedzi na potworze
. Są ogromne i rozpędzone, przejeżdżają
z wielkim hukiem i wzbudzają potężny podmuch powietrza. Jeśli z naprzeciwka nic
nie jedzie, to ładnie nas omijają, ale jeśli nie mają takiej możliwości, to trąbią,
a my wtedy uciekamy z drogi.
Ameryka jawi się się nam jako junk country, oczywiście z powodu
działalności człowieka, a nie natury. Miejscami wala się pełno pordzewiałych
samochodów, maszyn, blach i bud. Domy, sklepy wyglądają często jak zaniedbane
baraki, kościoły jak garaże. Oto kilka takich obrazków
.
Poza tym to przecież tu zrodziły się junk food i junk mail.
W Ameryce generalnie brak rzeczy, które nie przynoszą finansowych korzyści. W związku z tym brakuje koszy na śmieci, ubikacji, z rzadka tylko można natknąć się na stoliki piknikowe. Nie ma to jak opiekuńcza Europa z ciepłą wodą w łazienkach publicznych. Tu nawet na kempingach nie ma ciepłej wody, ba, czasami nie ma wody w ogóle. Brak też oczywiście umywalek, jedyna woda jaka płynie, o ile płynie, pochodzi z pompy. A kibel to najczęściej dziura w ziemi. A brak tych wszystkich facilities jest naprawdę dokuczliwy, jeśli podróżuje się rowerem.
86,2km - średnia 11,7km/h
17 lipca
Obudziliśmy się pod burą chmurą, ale tam gdzie jedziemy jest niebieskie niebo. Zabrakło mleka, jemy więc owsiankę z wodą i jest zaskakująco smaczna.
Pędzimy, aż wreszcie udaje się nam wydostać spod czarnej chury i nawet przygrzewa słońce. Potem jednak słońce się chowa i robi się dość chłodno. Generalnie zjeżdżamy, ale po pagórach więc jest sporo długich lecz łagodnych podjazdów.
Na jakiejś 152 mili zauważamy stoliki, kosze na śmiecie, ubikacje, a ponieważ widok to rzadki, decydujemy się skorzystać i robimy obiad. Znów zrobiło się gorąco.
Przed nami ośnieżone góry
, wokół ukwiecone jeziora
i lasy drunken trees
, które pewnie przy gorszej
pogodzie lub o zmroku wyglądają złowieszczo.
Ruch mały do umiarkowanego, ale cały czas jest szerokie pobocze, właściwie jak kolejny pas drogi, tylko czasem jego jakość jest gorsza od jezdni właściwej.
W Glennalen w Game Center pytmy o sklep. Pani wskazuje nam drogę i
dodaje jeszcze, że jeśli skręcamy w Richardson Highway na północ, to kilka mil
za miastem jest zamknięty z powodu cięć budżetowych kemping Dry Creek, na którym
możemy jednak przenocować i to za darmo. Tak też robimy.
Kemping,
jak większość kempingów tutaj bardzo ładny, znajduje się w lesie, każdy ma
swój stolik i zaciszną polankę. Jesteśmy sami a wkoło misie, trochę straszno,
tym bardziej, że w ubikacji coś buszuje i chrobocze, ale wcale nie chcemy
sprawdzać co to. Wór z żarciem wędruje na dach kibla, a my kładziemy się spać
wśród śpiewu ptaków i chrząkania wiewiórek.
110,2km - średnia 16,7km/h
18 lipca
Po przebudzeniu się słyszymy, że pada, to zakopujemy się w śpiwory. Potem przestaje, ale niebo nadal zaciągnięte, mimo to pakujemy się. Idziemy do stolika zjeść śniadanie. Szęśliwie zupa mleczna nie zwabiła żadnego misia.
Jedziemy. Przed nami i nad nami pochmurno. Goni nas ładna pogoda,
jednak jesteśmy od niej szybsi. Jedziemy łagodnie pod górę, czasem trafi się
jakiś zjazd, czasem jest płasko, ale zawsze z wiatrem więc lekko się jedzie.
Wokół przeważnie drzewa-wyciory
i jeziorka z kwiatkami
. Ruch
mały do bardzo małego. Napotkaliśmy z kilkanaście domów, generalnie prawie nikt
tu nie mieszka, że aż nie wiadomo po co im ta droga.
Na jednym z postojów wypatrzyliśmy bald eagle, podobno po polsku to
bielik amerykański. Ptaki jest dość łatwo wypatrzeć, bo te większe zawsze
siedzą na czubku wyciora, wszystkie gałęzie niżej są dla nich za małe. A drzewo
z ptakiem widać już z daleka, szczególnie gdy ptak ma taką piękną białą głowę
.
Wspięliśmy się dość wysoko i z góry widać niekończące się połacie
wyciorów i liczne jeziorka
. W dalszym ciągu jedziemy po pagórach
. Dojeżdżamy do Paxson Lake i tu rozbijamy się nad jeziorem
. Wór wieszamy na drzewie, choć średnio wyrośnięty miś spokojnie by sobie
go ściągnął.
106km śr. 16,6km/h
19 lipca
Dzień wita nas lekkimi chmurami, które w ciągu godziny rozwiewają się. Podczas
porannej toalety wypatrujemy bobra.
Pluska ogonem, wychodzi na brzeg,
chowa się w trawie, zagląda do swojego domku. Gdu odjeżdżamy, z drogi widzimy
jeszcze dwa inne bobry; jeden z nich ciągnie jakąś gałąź.
Dojeżdżamy do Paxson i wielkie rozczarowanie: jest tylko jakiś bar i stacja benzynowa na środku skrzyżowania.
Robi się bardzo słonecznie, jest lekko pod górę, ale bez przesady.
Pojawiają się w oddali duże śniegowe góry
. Jedziemy wokół pięknego,
dużego jeziora Summit Lake
. Woda przeźroczysta do samego dna
.
Na około 203 mili są roboty drogowe. Samochody poruszają się w obie
strony jednym pasem, na zmianę. Czekamy dłuższą chwilę aż nasz kierunek będzie
mógł ruszyć. Przyjeżdża pan pickupem i każe nam ładować rowery na samochód i
wskakiwać do środka. Okazuje się, że roboty ciągną się na odcinku około 4 mil i
dlatego jedziemy samochodem. Po drodze dowiedzieliśmy się od pana, że zarabia
25$ za godzinę plus ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne, jest to więc sporo i
dlatego m.in. wciąż mieszka na Alasce. Mijamy Rainbow Range - piękne kolorowe
góry. Trochę szkoda, że siedzimy w samochodzie, w którym na dodatek szyby są
brudne. Ale gdy wysiadamy, góry wciąż są
.
Upał, pogoda piękna i takież widoki. Teraz z kolei mamy raczej w dół.
Są i podjazdy, ale nic morderczego. Najpierw najbardziej spektakularne widoki
pojawiają się na wschodzie, potem na zachodzie
. Najlepiej je widać, gdy patrzy
się w kierunku południowym, ponieważ jedziemy na północ wciąż musimy się
odwracać
. Niestety kiepsko ze zdjęciami, bo trzeba robić pod słońce.
Na około 148 mili zaczyna się płaska pustynia ze skąpą roślinnością i bez wody.
Rosną tylko jakieś krzaczki, kompletnie brakuje drzew
. Paweł chce się
rozbijać, ale mi się tu nie podoba, więc pędzimy dalej. A mamy lekko z górki, więc jedzie
się łatwo. Rozglądamy się za czymś do mycia, ale nic, sucho. Potem zaczynają
pojawiać się jakieś drzewka, ale strumyka nadal brak. Krajobraz mało ciekawy,
tylko te góry z tyłu. Po prawo pojawiają się wielkie połacie wypalonych kikutów
i wygląda to przygnębiająco i posępnie.
Dalej zaczyna się jakaś strefa wojskowa i jest zakaz wstępu do lasu po
obu stronach drogi. Nie ma rady, musimy jechać dalej. Dopiero jakieś 3,5 mili
przed Delta Junction jest zjazd na punkt widokowy. Zajeżdżamy, a tam już ktoś
koczuje w przyczepie kempingowej. Pytamy czy nie będzie mu przeszkadzało jak
się rozbijemy niedaleko
. Mówi, że nie i daje nam wodę. Problemem pozostaje
mycie, ale Paweł dostrzega w dole rzekę, więc schodzimy. Nad rzeką widzimy
ślady kopyt, ale zwierza nie ma. Rzeka mulista, szara, ale dość ciepła
.
Wracamy na górę i siadamy na punkcie widokowym, gdzie skąpi Amerykanie postawili jednak ławki. Komary nie gryzą, jest ciepło i leniwie.
Dziś nie natknęliśmy się za żaden sklep i widzieliśmy tylko kilka domów.
123,8km - średnia 17,6km/h