Pobudka przy pochmurnym niebie. Jedziemy do Delta Junction, gdzie robimy zakupy. W sklepie jest kilka produktów z Polski, głównie słodycze. Jest nawet sklep sportowy, ale maleńka, płaska puszeczka gazu kosztuje ponad 4$. Nie skończyliśmy jeszcze nawet pierwszej puszki, więc rezygnujemy z zakupu.
Zaczyna padać, ale dość szybko przestaje. Na 275 mili skręcamy do
historical park - taki sobie skansenik z epoki gorączki złota
.
Ruszamy dalej, wokół wiszą chmury, które jednak przerzedzają się. Na
185 mili widzimy łosia. Łoś stoi nad jednym z licznych jeziorek
i niewiele
sobie robi z tego, że na drodze zatrzymało się już kilka samochodów i wylegli z
nich ludzie. Łoś się nie boi, wchodzi do wody,
zanurza swój ogromny
nochal,
brodzi
i po kilku minutach dostojnym krokiem opuszcza
jeziorko
jeszcze raz obrzucając publikę spojrzeniem
.
Na 188 mili zatrzymujemy się nad rzeką, żeby zjeść obiad.
Rzeka bardzo
fajna, szeroka, szara i pędzi szybciej niż my jedziemy rowerami. Wychodzi
słońce i robi się bardzo ciepło.
Jedziemy z biegiem rzeki tylko raz się od niej oddalamy i wtedy jest
pod górę, raz przybliżamy i wtedy jest w dół
.
Na około 304 mili znów widzimy łosia. Tym razem łoś jest bardziej
płochliwy, odwraca się i w krzaki
.
Kawałek dalej jest jezioro. Woda czysta, przejrzysta
, z nieba leje się
żar, więc nie ma rady - trzeba wskakiwać do jeziora
.
Po ponownym zjeździe do Tenany rozbijamy się na 329 mili. Miejsce jest
piękne, tuż nad rzeką na trawiastym wale
. Słońce praży, komary właściwie nie
gryzą.
108,9km - średnia 17,5
21 lipca
Postawiliśmy sobie za cel jak najszybciej dojechać do Fairbanks, by mieć jeszcze sporo czasu na obejrzenie miasta i wyjechanie z niego wieczorem. Na szczęście jest dość płasko i w 3 godziny przejeżdżamy ponad 50km. Droga jest dość ruchliwa, szeroka, ale cały czas mamy do dyspozycji wygodne pobocze. Okolica jest dosyć mocno, jak na tutejsze standardy zaludniona. Pełno garażopodobnych budynków, w których mieszkają i nagminnie urządzają sale, yard sale, garage sale.
W Fairbanks kierujemy się do sklepu, który znaleźliśmy na mapie w przewodniku. Na mapie jest, w naturze nie ma. Wchodzę do jakiegoś biura znajdującego się w pobliżu i pytam o supermarket. W środku kobieta i facet Koreańczyk mówią, że wszystkie sklepy w okolicy zbankrutowały i próbują wyjaśnić jak dojechać do sklepu. W końcu Koreańczyk mówi, że sam jedzie na zakupy, więc nas podwiezie. Wrzucamy rowery na samochód i jedziemy do centrum handlowego. Mall szumnie głosi, że jest the most north. Robimy zakupy, jemy obiad i ruszamy oglądać atrakcje.
Najpierw jedziemy na farmę dzikich ptaków przy College Road, ale
ponieważ nie można wjeżdżać rowerem, a spacer po farmie to kilka kilometrów,
oglądamy tylko to, co widać z drogi i jedziemy na farmę piżmowołów przy
Yankovich Rd. Upał niemiłosierny, drapiemy się pod ogromną górę do tych wołów,
woły
fajne, ale jakieś takie małe. Za to jaki zjazd mamy w nagrodę - ponad 60km/h.
Wjeżdżamy na Parks Highway i znów ogromna góra, a do tego palące słońce
i niebo bez chmur. Kilkanaście kilometrów dość stromego podjazdu, ale w nagrode
widok na Alaska Range i ośnieżone szczyty
.
Widzimy też przy drodze
łosia, ale niestety i on nas szybko dostrzega i oddala się zanim udaje się nam
uwiecznić go na zdjęciu.
Kompletnie brak jakiejkolwiek wody, ani do picia, ani do mycia. Żadnego
sklepu, zajazdu, nic tylko wyschniemy w tym upale. Dopiero na 328 mili jest Inn,
gdzie dostajemy wodę. Pytamy o kemping, a pani mówi, że możemy przenocować u niej
na podwórku
, niestety nie ma pryszniców i rzeki też nie ma,
więc z mycia nici.
116km - średnia 16,2km/h
22 lipca
Wieczorem gryzły nas komary, rano pojawiły się mikroskopijne muszki. Chmarami. Paweł mówi, że one nie gryzą. Może i nie gryzą, natomiast strasznie łaskoczą i włażą do oczu. Po pewnym czasie po Pawle leje się krew. Wygląda jak stygmatyk z licznymi rankami z których cieknie strumykami krew i wcale nie chce przestać - musi jakieś paskudztwo muchy wpluwają przy ukąszeniu.
Niestety znów pod górę. Ale potem w dół do Nenany. Tutaj spotykamy małżeństwo Amerykanów na rowerach, którzy jadą już od dwóch miesięcy.
Za Nenaną droga jest już łagodniejsza, za to pojawił się wiatr w twarz i
huczy po głowie i jest paskudnie. Przynajmniej słońce schowało się za chmurami
i już tak nie piecze. Jedzie się kiepsko, widoków żadnych, po obu stronach
tylko las i las
. Gdzieś w oddali pojawiają się wyższe góry, ale wiszą na
nich chmury.
Dojeżdżamy do 269 mili i rozbijamy się z pewnym wahaniem nad Bear(!)
Creek
.
97,3km - średnia 15,9km/h
23 lipca
Rano znów w namiocie upał. Droga bez większych podjazdów, ale znów pod wiatr i to chwilami dość silny. Zostało nam tylko pół litra wody, więc racjonujemy ją dość mocno, co jest trudne w takim upale, bo po drodze nie ma żadnych domów czy sklepów. Dopiero w Healy jest sklep, ale generalnie z jedzeniem tam marnie, a jak już coś jest to drogo. Prędzej kupi się tu wszystko do samochodu niż cokolwiek do zjedzenia. Potem okaże się, że może być jeszcze gorzej. Zaczyna mi pękać tylna opona. Opon tu w bród, ale nie do roweru.
Jedziemy dalej, robi się coraz ładniej. Po obu stronach góry,
wzdłuż
drogi Nenana
. Tuż przed parkiem Denali robi się tłoczno i
komercyjnie. Mnóstwo kempingów, hoteli, wycieczek, raftingów. Jest też bike
rental, gdzie udaje się nam kupić używaną oponę. Pan życzy sobie za nią 10$ -
raczej zdzierstwo, ale nie mamy wielkiego wyboru.
Przy wjeździe do parku udajemy się do Visitor Center i tu czeka nas
totalne rozczarowanie. Spędzamy tu kilka godzin na próbach zaplanowania
wycieczki po parku. Wszystko porezerwowane, trudno znaleźć wolny kemping czy
pozwolenie na nocowanie na dziko. Poza tym trzeba dokładnie wszystko zaplanować
na kilka dni naprzód, bo wszystkich rezerwacji dokonuje się przed wjazdem do
parku. Kombinujemy, że zrobimy rezerwację na jakieś późniejsze terminy,
pojedziemy gdzieś na kilka dni i wrócimy. Też nie da rady, bo kemping nad
Wonder Lake kompletnie zarezerwowany na wiele dni do przodu, a zezwolenia na
nocleg na dziko można otrzymać tylko na jeden dzień naprzód i trzeba je
rezerwować osobiście. Można też skorzystać z autobusu. Proponuję, żebyśmy w
jedną stronę pojechali autobusem, a wracali rowerami, ale Paweł nie chce jechać
autobusem. W końcu coś udaje się nam wykombinować i rezerwujemy
noclegi na dziko. Ponieważ będziemy spać w dziczy, musimy obejrzeć film
edukacyjny o tym jak ustrzec się niebezpieczeństw i dostajemy pojemniki
antymisiowe na jedzenie. Dziś nocujemy na kempingu Morino, 2km od Visitor
Centre (6$)
(na zdjęciu widać też kubełek antymisiowy). Zjedliśmy
kolację i patrzę, a z krzaków coś wychodzi, jest już dość ciemno, więc nie
od razu widzę co to. Znieruchomiałam trochę ze zdziwienia, trochę ze strachu,
bo w pierwszej chwili pomyślałam, że to wilk. W Visitor Centre dowiedzieliśmy
się, że pewne obszary parku i kempingi są zamknięte dla turystów ze względu na
wolf activity. Okazuje się jednak, że to tylko lis
. Lis podchodzi
na odległość jakichś 2 metrów, obchodzi namiot i uderza w krzaki. Zdążyliśmy
tylko sfotografować kitę.
64,3km - średnia 12,8km/h
24 lipca
Rano znów pojechaliśmy do Visitor Centre i zmieniliśmy nasze plany. Paweł przeprosił się z autobusem i wykupiliśmy bilety na camper bus (po 18$, wstęp do parku po 5$). Mamy teraz rezerwację na rowery na jutrzejszy autobus o 10.30 i na miejsce na kempingu Sanctuary na dzisiejszą noc. Wczoraj wszystkie kempingi były zarezerwowane na 3 dni naprzód, teraz okazuje się, że jednak jest coś wolnego. Po przyjeździe na miejsce okaże się, że wciąż wolnych jest jeszcze kilka miejsc. W centrum panuje ogólny bałagan i niekompetencja. Jedna panienka mówi zupełnie co innego niż druga. Na tablicy wisi kartka, że kemping jest "available", chcemy zarezerwować, z komputera wyskakuje, że nie ma wolnych miejsc. Pytamy więc o informację na tablicy, chłopiec wzrusza ramionami i mówi, że nikt nie zmienił kartki, ale sam też nie zmienił i wciąż wisiała błędna informacja. Inna panienka sprzedaje nam bilet na dzisiejszy autobus, który zresztą odjechał kilka godzin temu (nie wiem jak jej się to udaje). Zdecydowanie pobyt w Visitor Center w Denali Par był najmniej przyjemnym momentem całej wycieczki. Trzeba przyznać, że wszyscy byli bardzo mili, uprzejmi, uśmiechnięci i życzyli nice day, ale to wszystko w zestawieniu z ich ignorancją, niekompetencją, olewactwem tworzyło atmosferę rodem z Paragrafu-22.
Ruszamy dopiero po 11. Cały czas pod górę, a do tego pogoda
zdecydowanie popsuła się
i pada jednostajny deszcz. Zatrzymujemy się na
przystanku autobusowym przy Savage River Campground na obiad, przynajmniej jest
się gdzie schować przed deszczem. Trochę przestaje padać, więc jedziemy dalej.
Po kilku milach kończy się asfalt, a razem z nim droga, którą wolno jeździć
prywatnymi samochodami.
Znów musimy się trochę powspinać, ale potem mamy zjazd do samego
kempingu Sanctuary. Pada coraz bardziej, na drodze błoto, na sakwach też, na
butach też, na spodniach też, i na twarzy też trochę. Wszystko mokre i do toego
wiele rzeczy brudnych. Rozbijamy się na kempingu, zamykamy jedzenie w food
lockerze
, mokre sakwy zostawiamy na rowerach, wyjmujemy tylko ich zawartość i
siedzimy w namiocie słuchając, jak pada.
38,8km - średnia 11,8km/h
25 lipca
Wstaliśmy kiedy przestało padać. Jedziemy do Igloo Camping, tam chcemy wsiąść do autobusu. Niedaleko przystanku spotykamy rowerzystów, których rano widzieliśmy na kempingu. Rozmawiamy z nimi, dowiadujemy się, że są z Hiszpanii. Na kempingu trzymali tylko rowery i część swoich rzeczy, bo nie mieli rezerwacji na kemping. Mieli za to permity na nocowanie w backcountry. Spali więc w krzakach, a ponieważ trzeba się rozbić co najmniej pół mili od drogi, dziś rano wracali te kilkaset metrów przez gęste krzaki zlane całonocnym deszczem. Byli kompletnie przemoczeni, a wszystko przez beznadziejną organizację ruchu turystycznego w parku, bo przecież na kempingu było jeszcze kilka miejsc. Trochę też sami zaniedbali, mogli poprosić rangera, żeby pozwolił im się rozbić na wolnym miejscu.
Żegnamy Hiszpanów i postanawiamy ugotować obiad, bo do autobusu mamy jeszcze pół godziny. Rozstawiamy kuchenkę, sypiemy ryż do garnka, nagle na zakręcie, jakieś 100 metrów od nas widzę misia. Krzyczę "Misio!" i zachowuję się tak jak na filmie szkoleniowym, który oglądaliśmy w Visitor Centre. Łapię wszystkie garnki, puszkę z tuńczykiem i nóż i staję za rowerem. Zostaje tylko zapalona kuchenka i garnek z surowym ryżem. Paweł wyrywa mi nóż, pewnie chciałby obiad z niedźwiedziny, a miś nic sobie nie robiąc z naszych zabiegów leniwie przeszedł z jednej strony drogi na drugą i zniknął w krzakach. Postanowiliśmy dokończyć gotowanie obiadu w tym samym miejscu, ale głowy kręciły się nam na szyjach, a sam obiad zjedliśmy w takim tempie, jak nigdy dotąd.
Czekając na autobus dostrzegliśmy wysoko w górach owce górskie.
Przyjeżdża autobus, ładujemy rowery i w drogę. Już po kilku kilometrach kolejny
miś. Tym razem mama grizzli z maluchem
. Duży cały czas ociężale
gramoli się z nosem w krzakach jagód, a mały wesoło podskakuje obok jak szczeniak.
Autobus zatrzymał się i obserwujemy całą scenę. W pewnym momencie mały w swoich
igraszkach oddalił się dość daleko od matki
, rozgląda się zaniepokojony
szukając jej, dostrzega ją i w te pędy biegnie do niej
. Cały autobus
rozbrzmiewa pomrukami "Cute! They're cute! Oh, how cute!"
Jedziemy dalej. Widzimy jeszcze stadko karibu, ale dość wysoko na
górze, potem jeszcze mamy zachwycać się pardwami (ptak-symbol Alaski), ale
takie sobie kury
. Jedziemy piękną drogą po urwistym zboczu góry, z jednej
strony skały, z drugiej przepaść. Mijamy kolorowe Polychrome Mountains. Szkoda
tylko, że nie jedziemy tędy rowerami.
Dojeżdżamy do Eielson Visitor Centre i tu postanawiamy wsiąść znowu na
rowery. Przed Centrum, między ludźmi spaceruje sobie wiewiórka ziemna
. Jak i inne zwierzęta w Denali przyzwyczajona jest do ludzi.
Przejeżdżamy niecałe 2 km i znowu grizzli
. Tym razem samotny i znów z
nosem w jagodach
. Niesamowite jest takie spotkanie z tak dużym dzikim
zwierzęciem, sam na sam i nie przez szybę samochodu.
Trudno nam się oderwać od misia, ale przecież trzeba jechać, a on od
nas też wcale nie chciał się oderwać. Jadąc pilnie wypatrujemy zwierząt, ale
musimy zadowolić się samymi widokami
. Dopiero po dłuższym czasie
widzimy pięknego karibu. Ten też wcale się nie boi. Najpierw stoi w dość dużej
odległości od nas
, ale podchodzi bliżej
, bliżej
i
bliżej
. Patrzy się na nas jak na scenie z "Łowcy jeleni"
,
przecina drogę przed nami
i nieśpiesznie oddala się
. Dźwiga
wspaniałe rogi
, podobne leżały w Visitor Centre i ważyły ładnych kilkanaście
kilo.
Do końca drogi już nic większego od kaczek nie udaje się nam wypatrzeć. Dojeżdżamy na kemping, nie mamy na niego rezerwacji, ale nauczeni doświadczeniem Hiszpanów nie uderzamy w unit 15, na który mamy permit, tylko do campground hosta. Okazuje się, że jest wolne miejsce i możemy się rozbić. Niestety zanim zdążyliśmy to zrobić zaczęło padać, w pośpiechu zapomnieliśmy nawet zrobić zdjęcie.
53km średnia 12,3km/h
26 lipca
Pada w nocy, pada w dzień. Około 9, trochę przestaje, więc składamy namiot i
idziemy pod daszek na śniadanie
. Przy śniadaniu towarzyszy nam mysza
, która
znów jak inne zwierzęta tutaj nawet nie bardzo się nas boi. Ponieważ wciąż mamy
zezwolenie na kemping na dziko nad Wonder Lake, a pogoda paskudna, decydujemy
się nie jechać dzisiaj nigdzie i poczekać do jutra, może pogoda się zmieni.
Na kempingu rozmawiamy ze Szwajcarem, który jest tutaj już czwarty raz i bardzo mu się podoba. Nagle zauważamy, że przy jednym z namiotów jakieś dziewczyny wymachują rękami, coś pokazują na górze i krzyczą "Bear! Bear!". No i chodzi miś po górze, tym razem czarny, ale jest za daleko, żeby zrobić mu zdjęcie.
Wieczorem znów pytamy czy możemy rozbić się na kempingu i znów okazuje
się, że jest mnóstwo wolnych miejsc
, choć na dole w rezerwacji wszystko było
zajęte na tygodnie naprzód.
O 19.30 na kempingu jest wykład na temat subsitence, czyli utrzymywania się mieszkańców Alaski z tego co oferuje przyroda. Dziewczyna mówi ciekawie i dokładnie tak, jak uczą amerykańskie książki traktujące o tym jak przygotowywać prezentacje.
0km